
To płyta będąca godnym zakończeniem trylogi. Osiem utworów bez nazwy prowadzi nas przez kolejne eksperymenty japońskiego mistrza. I tak pierwszy utwór serwuje nam syntezatorowy bulgot, szumy i gitarowe riffy oraz jakieś cykanie, jak mniemam automat perkusyjny o jakości zbliżonej do tr-606, każdy element oczywiście oderwany i biegający samopas. 2 to jakieś głęboko brzmiące bębny, stukanie metalowych elementów i gitara. Całość ma nieco orientalny charakter. Masami poszukuje sposobu by nas zirytować zaburzając strukturę utworu i pozbawiając go rytmicznego charakteru. 3 brzmi z początku jak rozbiegówka do jakiejś gabby czy innego hardcore`u. Wesoła perkusyna pętla sprawia, że nogi same rwą się do tańca. Oczywiście jeśli jesteście w stanie znieść te szumy, syntezatory, jakieś szarpanie za struny z żyłki i inne niezidentyfikowane przeze mnie odgłosy. Kolejna dekompozycja to gitara elektryczna przesterowana do granic możliwości i zabawy skrzypiącymi drzwiami, szumy i skrzypce. Tak skrzypce. Piątka brzmi bardzo ambientowo i zawiera podły syntezatorowy loop. Lubię to, do tego jakieś blachy. Mocno niepokojący charakter. Kolejny numer to zabawy z pukaniem w różne rzeczy. Cały efekt tych poczynań zbierany podłym mikrofonem. Potrafię sobie wyobrazić jak Merzbow stuka w ten cały szajs zadowolony jak mały chłopiec a efekt nagrywa na kasprzaka. Szuka, szuka i nie znajduje zadowolenia. Szczęśliwa 7 brzmi jak dadaistyczne zabawy ze skrzypcami, blachą i gitarą. Nie wyróżnia się na tle pozostałych. Ostatni utwór to już zupełnie inna historia. Dekompozycja zbiera w całość wszystkie pomysły z poprzednich numerów i podaje w zabójczym miksie. Blachy? Dmuchanie w mikrofon? Gitara? podły synth? Skrzypce? Jakieś wyrywki z radia? Automat perkusyjny? CHECK! miejscami brzmi to jakby REDNEX zarzył LSD i grał downtempo. Utwór w kilku miejscach osiąga przyzwoitą gęstość by znów zejść na spokojniejsze tory. Kocia muzyka z piekła rodem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz