
Intrygujący to tytuł, choć zdradza to sposób powstania albumu - zabawa z taśmami i pętlami. Vagin nie ma aczkolwiek kobiece głosy pojawiają się w pierwszym numerze Nil Vagina Tape Loop No.0 (0 pewnie dla zmylenia.) . Obok wymienionych wcześniej głosów mam jakieś chrzęsty z radia i pseudo melodie niewiadomego pochodzenia. Taśmy są zwalniane i przyśpieszne oczywiście wszystko w estetyce lo-fi. Drugi numer tym razem z numerkiem 1 to dalsze zabawy z taśmami i powrót to tematu z numeru 1 czyli 0... do tego jakieś piski i chrboty. Trochę to nudne ale urokliwe zarazem. Niemal czuć jak masami znęca się nad magnetofonem, szarpie taśmy i przewija gdy głowica wciąż dotyka taśmy. Kurde, gdzieś po drodze słychać włączany odkurzacz i ten motyw powraca także w utworze trzecim dla niepoznaki nazwanym Nil Vagina Tape Loop No.2. W tym utworze katowane głosy mówiące po japońsku i chyba po angielsku brzmią wyjątkowo śmiesznie wręcz kreskówkowo, po ok 5 minutach robi się bardziej hałaśliwie, i zamiast głosów pojawia się pętla gitarowa przesterowana po przez przekroczenie głośności. Całość ma wyjątkowo monotonny charakter (jak to z pętlami bywa) i jest nastawiona na zmęczenie słuchacza.... Ciekawych zwrotów jest tu niewiele, sluchając tej plyty czuję, że marnuję godzinę z życia. Robię to po to byście Wy nie musieli!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz